Niby nic, a jednak...

Mogłoby się wydawać, że niespełna 6 kilometrów czasówki to pikuś. A tymczasem...

Tradycją Gwiazdy Południa jest indywidualna jazda na czas. Od pięciu lat jest ona w programie etapówki. W tym roku ponownie otwierała one całe zmagania. Mogło się zdawać, że krótka i dobrze znana trasa będzie ledwo rozgrzewką. Wśród zawodniczek i zawodników nie widać było napięcia. W miasteczku panowała pogodna, podgrzewana przez piękne lipcowe słońce atmosfera. Co prawda tu czy tam dało się słyszeć obawy, że z powodu nocnych deszczów, podjazd może być nieco utrudniony. Ale były to odosobnione głosy.

Jednak im bliżej chwili startu, tym groźniejsze jawiło się pobliskie zbocze, na które wspinać się mieli uczestnicy. Pobłyskujące na nim żółte tabliczki ze strzałkami urozmaicały soczystą zieleń góry. Ale stając w boksie startowym, z którego każdy o wyznaczonej godzinie wyruszał na zmagania, nie miało się już ochoty na przyrodniczą kontemplację.

Po komendzie "jedziemy!' i rundzie wokół stadionu wpadało się na kilkukilometrową, ciągnącą się non-stop w górę, ścieżkę. Tam można było w pełni poczuć zabójczą moc prażącego słońca, zaduch uderzający z okolicznych łąk i - palące z bólu mięśnie. Dla sporej grupy ból okazywał się tak mocny, że trzeba było zsiąść z roweru i wpychać go przysłowiowymi resztkami sił.

To ledwie początek czterodniowych zmagań. W piątek peleton na dobre wjedzie w góry.

2020-07-09 POWRÓT
Partnerzy